"Poison Party" Czyli Wiersz Mocniejszy Od ciebie

Jeszcze ciepły, właśnie ukończony, świeżusieńki, wywód. Nie wiem jak tobie, ale mi się strasznie podoba!
"Poison Party" to dosłowny tytuł wiersza, a raczej jego "pierwszego dna".
Rozumiemy przez niego, że chodzi w nim o imprezę, na której każdy z każdym pije sobie... truciznę. Drugi człon to: "Wiersz Mocniejszy Od ciebie". Mówi o "drugim dnie" tego utworu, a mianowicie o poincie, która jest silniejsza od nas i mocniejsza niż nam się wydaje.
Dodatkowo dorzuciłem tu "ciebie" z małej litery, żebyś czytając to co tu piszę, miał świadomość, jak mały jesteś...



Nie sposób się ruszyć. Paraliż ciała.
Klątwa zmysły odebrała...
Jad przepływa w moich żyłach,
trzyma nogę, że aż ruszyć się nie mogę.
Myśli spowolnione, obraz przyciemniony,
ociężały cały, leżę, przepocony...
Rachuneczkiem trunków z trucizn nie jest kac...
Mięśni nie mam jak po rzędzie niewolniczych prac...
Trucizn mam w sobie litry. Teraz leżę,
rozszarpany i brudny jak zwierzę.
Już nie zliczę, ile wypiłem
zanim równowagę straciłem,
zanim kolory poszarzały i straciły całkiem blask,
zanim anielskie głosy przemieniły się w pełen bólu wrzask.
Słodki nektar w szlachetnym winie
okazał się być śmiercią w płynie.
Eliksir z ludzkich uczuć wyważony-
dziewiczy strumień łajnem skażony.
Zabity przy porodzie, dziś umieram.
Moją naiwność do trumny zabieram.
Kto inny, żyw, na kłamstwa dziś, wciąż, jeszcze łakomy
niech ze mną do grobu wskakuje jeśli tego świadomy.
Z takiego drinka nie wytrzeźwieje
póki ciało jego nie spopieleje.
Makabrycznego poloneza dziś, leżąc tańczę,
truciźnie poddany, pogodzony, nie walczę...
Egidę opuściły zwiotczałe członki,
kości wapienne z taniej mielonki.
Arszenik z twą szminką kieliszek pokrywa,
"trucizną" twe kłamstwa dziś śmiało nazywam.



SPROSTOWANIE
Ten wiersz jest posrany.
Ale jest zajebisty.
Pierwsza część to opis syndromów, które wywołała trucizna.
Paraliż, otępienie zmysłów i bezsilność. To ostatnie jest bardzo dobrze widoczne także w późniejszych częściach wiersza. Zmęczenie, jak po niewolniczej pracy, a ona jest znacznie cięższa niż jakiekolwiek "rachuneczki" w postaci jakiegokolwiek kaca. Człowiek po tej "truciźnie" nie czuje się sobą do tego stopnia że nie czuje swoich mięśni i ciała.
Było tych "trucizn" wiele rodzajów, ponad to ma jej w sobie całe litry, czyli było jej bardzo wiele.
Czuje się pokonany, jak rozszarpane zwierze po dzikiej walce na śmierć i życie.
Cały świat się zmienił na jego oczach pod wpływem owego "jadu", który zmienił jego światopogląd- przyciemnił kolory i zmienił definicje piękna (anielski śpiew stał się wrzaskiem). Jest to typowo depresyjne zachowanie.
Okazuje się, że zatrute trunki, które pił tak ochoczo narrator były słodkie, jak nektar, napój bogów, a jednocześnie upajające jak dobre, ludzkie wino.
Już po połowie wiersza dowiadujemy się, że był (ten "eliksir") stworzony z ludzkich uczuć, a jak wiadomo ludzie idealni nie są. Tak jak idealny wydaje się dziewiczy strumień, a w rzeczywistości on też jest skażony łajnem.
Od tego momentu jest już bardzo grubo.
Następne dwie linijki mówią o zaufaniu.
Człowiek, od przyjścia na świat, zaczyna być mamiony i okłamywany, złudzony i oszukiwany.
Do trumny faraonowie egipscy zabierali ze sobą tylko te najważniejsze, w ich życiu, rzeczy. Narrator zaś zabiera tylko naiwność, która towarzyszyła mu przez całe życie. Świadczy to, że był podatny na te kłamstwa. Mówi, że wszyscy żywi, którzy są jeszcze podatni na kłamstwa, tak jak on był, powinni razem z nim umrzeć. Bowiem jeśli ktoś się już go (kłamstwa) "napije", to pozostaje ono z nim, w jego ciele do momentu w którym przestanie całkowicie istnieć.
W kolejnej linijce pojawia się motyw "dance macabre" spleciony z polonezem. Taniec ten jest chodzony, monotonny i bierny, tak jak biernie, osoba mówiąca w wierszu, poddaje się w końcu truciźnie. Pogodzony ze swoim losem osiąga apogeum swojego smutku i staje się miękki zarówno na zewnątrz (opuszczając boską tarczę, egidę, którą się osłaniał) jak i wewnątrz (o tym poniżej). "Tania mielonka" jest tu dość istotna (paradoksalnie). CZŁOWIEK mięso zmielił, przerobił i doprawił po swojemu. Pozwolę powtórzyć, że robił to CZŁOWIEK. Tutaj mielonka zastępuje silne (bo wapienne) kości podmiotu lirycznego. Naturalną podstawę jego ciała.
Ostatecznie dowiadujemy się dosłownie, czym jest "trucizna".
Podmiot liryczny pił sam, tak jak przez cały wiersz jest to podkreślone. Na jednym, jedynym kieliszku, który pojawia się w wierszu widoczna jest czyjaś szminka.
Szminka pokryta arszenikiem.
Ktoś pił z kieliszka (należącego niewątpliwie do podmiotu), pozostawiając na nim truciznę. Ktoś mu bliski, bo z obcymi nie pije się z jednego kieliszka, ani nie je z tego samego talerza.
Czy arszenik wziął się ze szminki?
Nie.
Z kłamstw, które ta osoba miała na ustach, oprócz makijażu.
Makijażu, który sam w sobie też jest kłamstwem, bo przecież kamufluje prawdziwy, naturalny wygląd.
Ale przede wszystkim, z kłamstw, które są prawdziwą trucizną.
Jesteśmy bezsilni wobec nich.
Zmieniają naszą wizję świata.
Są nieraz słodkie.
Trują nas całe życie.
Z każdej strony.
Są dziełem człowieka.
Nie uwolnimy się od nich do końca życia, a co najgorsze- sami mamy je we krwi.
Tak jak w tytule- życie to jest impreza. A na imprezie wszyscy piją wspólnie. Piją swoje kłamstwa. Uogólniając- każdy z każdym się oszukuje...
Ludzie naiwni, którzy jednak odkrywają, że zostali oszukani wpadają w depresje, próbując jakoś się uwolnić od kłamstw- żyć w szczerości z innymi i próbować samemu być szczerymi. To jest jednak niemożliwe.
Ludzie kłamią. Często nawet ci, z którymi dzielimy wspólne posiłki, a oni, swoimi oszustwami, poją nas jak jadem.
Mocne... Mocniejsze niż ty.

Komentarze

Prześlij komentarz